Pohl Frederic - Gateway Spotkanie Z Heechami - Niepo��dane spotkanie


    W statku Wana zadzwoni� telefon. Oczywi�cie nie by� to ani telefon, ani dzwonienie; rozleg� si� wszak�e sygna� wskazuj�cy, �e kto� chce przes�a� im wiadomo�� przez nad�wietlne radio.
    - Wy��cz je! - wrzasn�� Wan, nieprzyjemnie wyrwany ze snu. - Nie b�d� z nikim rozmawia�! - Po czym, nieco bardziej rozbudzony, przybra� min� pe�n� nie tylko z�o�ci, lecz i namys�u. - Przecie� je wy��czy�em - stwierdzi� patrz�c na nad�wietlne radio, a jego twarzy przybra�a wyraz strachu.
    Rzecz�, dzi�ki kt�rej patrz� na Wana z mniejszym obrzydzeniem, jest robak strachu, kt�ry nieustannie go po�era�. To jasne, �e by� brutalem. By� chamem i z�odziejem; nie przejmowa� si� nikim opr�cz siebie. Ale przecie� to znaczy jedynie, �e by� czym�, czym my wszyscy kiedy� byli�my zanim nasi rodzice, koledzy, szko�y i policja zaszczepili nam zachowania spo�eczne.
    - Nie b�d� z nikim rozmawia�! - wrzasn�� i obudzi� Klar�.
    Teraz widz� Klar�, jak� by�a wtedy, gdy� teraz widz� tyle rzeczy, kt�re wtedy by�y przede mn� ukryte. By�a zm�czona, rozdra�niona i mia�a Wana powy�ej uszu - to by�o wi�cej ni� ktokolwiek m�g� znie��.
    - Mo�esz r�wnie dobrze odebra� - powiedzia�a, a Wan spojrza� na ni� jakby by�a szalona.
    - Odebra�? Oczywi�cie, �e nie b�d� odbiera�! To pewnie jaki� namolny biurokrata chce si� poskar�y�, �e nie przestrzega�em w�a�ciwych procedur...
    - Poskar�y� si�, �e ukrad�e� statek - poprawi�a go �agodnie i przesz�a przez statek do radia nad�wietlnego. - Jak si� to odbiera? - spyta�a.
    - Nie b�d� durna! - zawy�. - Czekaj! Zostaw! Co ty robisz!
    - To ta d�wignia? - spyta�a, a jego wrzask wystarczy� za odpowied�. Skoczy� przez malutk� kabin�, ale Klara by�a wy�sza i silniejsza. Odepchn�a go. �wierkanie sygna�u usta�o; z�ote �wiate�ko zgas�o, a Wan, nagle uspokojony, roze�mia� si� g�o�no.
    - He, jaka ty jeste� g�upia! Nikogo tam nie ma!
    Ale myli� si�. Przez chwil� rozlega� si� sycz�cy d�wi�k, po czym pad�y rozpoznawalne s�owa - no, przynajmniej prawie rozpoznawalne. Wysoki i dziwnie spi�ty g�os rzek�:
    - Nie sssrobi fam krzyffdy.
    Klara musia�a pomy�le� dobr� chwil� zanim zrozumia�a, co zosta�o powiedziane, a kiedy zrozumia�a, nie da�o to po��danego efektu. Czy to rzeczywi�cie tak mia�o brzmie�? Jaki� nieznajomy ze straszn� wad� wymowy, pr�buje powiedzie� "Nie zrobi� wam krzywdy"? Po co mia�by to m�wi�? Zapewnianie kogo�, �e jest bezpiecznym w sytuacji, gdy �adnego niebezpiecze�stwa nie wida�, nie jest specjalnie uspokajaj�ce.
    Wan skrzywi� si�.
    - Co to jest? - krzykn�� przera�aj�co, zaczyna� si� poci�. - Kto tam jest? Czego oni chc�?
    Odpowied� nie nadesz�a. Pow�d tego by� taki, �e Kapitan wykorzysta� ju� ca�e znane sobie s�ownictwo i by� zaj�ty �wiczeniem nowego zdania; dla Wana i Klary jednak cisza by�a bardziej znacz�ca ni� s�owa.
    - Ekran! - krzykn�� Wan. - G�upia kobieto, w��cz ekran, zobacz, co tam jest!
    Rozpracowanie przyrz�d�w zaj�o Klarze chwil�; korzystanie z ekranu wizyjnego Heech�w by�o umiej�tno�ci�, kt�r� dopiero zaczyna�a nabywa� w czasie tej podr�y, gdy� w jej czasach nikt nie wiedzia�, jak si� nim pos�ugiwa�. Ekran rozja�ni� si� ukazuj�c statek, du�y statek. Najwi�kszy jaki Klara w �yciu widzia�a, znacznie wi�kszy ni� Pi�tki, kt�rymi Klara lata�a na Gateway w swoim czasie.
    - Co... co... co... - wyj�cza� Wan i dopiero za czwartym razem zdo�a� sko�czy� zdanie: - Co to jest?
    Klara nie pr�bowa�a mu odpowiada�. Nie zna�a odpowiedzi. By�a przera�ona. Ba�a si�, �e oto ma przed oczyma widok, za kt�rym t�skni� ka�dy poszukiwacz z Gateway, zarazem si� go boj�c, a kiedy Kapitan sko�czy� �wiczenie i wyg�osi� nast�pne zdanie, by�a ju� pewna:
    - Fffchodziii na pook�at.
    Wchodzi na pok�ad! Po��czenie dw�ch statk�w przy pe�nej pr�dko�ci nie by�o niemo�liwe i Klara o tym wiedzia�a; ju� to robiono. Ale �aden ziemski pilot nie mia� wprawy w tym �wiczeniu.
    - Nie wpuszczaj go! - zaskrzecza� Wan. - Uciekaj! Schowaj si�! Zr�b co�! Spojrza� na Klar� z przera�eniem, po czym rzuci� si� w stron� ster�w.
    - Nie b�d� durniem! - wrzasn�a, po czym rzuci�a si� �eby go z�apa�. Klara by�a siln� kobiet�, ale wtedy by� to kres jej mo�liwo�ci. Szale�czy strach doda� Wan owi si�y. Odepchn�� j�, a� si� obr�ci�a i szlochaj�c ze strachu skoczy� do ster�w.
    Opr�cz strachu spowodowanego nieoczekiwanym kontaktem, Klarze zosta�o jeszcze miejsce na inny ��dl�cy strach. Zawsze, kiedy uczono j� czegokolwiek o statkach Heech�w, powtarzano jej, �e nigdy, przenigdy, nie nale�y zmienia� kursu po okre�leniu go. Nowo nabyte umiej�tno�ci umo�liwi�y to, o tym wiedzia�a; ale wiedzia�a te�, �e nie by�o to takie proste, wymaga�o starannych oblicze� i planowania, a Wan nie by� w nastroju pozwalaj�cym na wykonanie kt�rej� z tych czynno�ci.
    Ale je�li nawet tak by�o - to nie mia�o znaczenia. Wielki statek o kszta�cie rekina zbli�y� si�.
    Troch� wbrew sobie Klara obserwowa�a z zachwytem, jak pilot drugiego statku poradzi� sobie bez trudu ze zmian� kursu i pr�dko�ci. Z technicznego punktu widzenia by� to fascynuj�cy proces. Wan zamar� przy sterach obserwuj�c to z rozdziawionymi ustami, a� si� �lini�. Kiedy drugi statek ur�s� na ekranach i znikn�� z pola widzenia skaner�w, a od strony klapy l�downika rozleg� si� zgrzytliwy odg�os, Wan zawy� z przera�enia i zanurkowa� w stron� toalety. Klara ju� samotnie patrzy�a, jak otwiera si� i opada klapa l�downika; zatem Gelle-Klara Moynlin by�a pierwsz� istot� ludzk�, kt�ra znalaz�a si� w obliczu Heecha.
    Wy�oni� si� z klapy, wyprostowa� i zwr�ci� w jej stron�. By� ni�szy od niej. Cuchn�� czym� amoniakalnym. Mia� okr�g�e oczy, gdy� to jest najlepszy kszta�t dla organu, kt�ry musi si� obraca� we wszystkich kierunkach, ale to nie by�y ludzkie oczy. Nie by�o koncentrycznego pier�cienia pigmentu dooko�a centralnej �renicy. Nie by�o samej �renicy; patrzy� na ni� krzy�owaty kleks ciemno�ci po�rodku czego� przypominaj�cego r�owawy marmur. Mia� szerok� miednic�. Poni�ej miednicy, mi�dzy czym�, co by�oby udami, gdyby nogi mia�y ludzki kszta�t, zwiesza�a si� kapsu�a jasnob��kitnego metalu. Najbardziej ze wszystkiego Heech przypomina� zapakowanego w pieluch� malucha z kup� w majtkach.
    Taka my�l przebi�a si� przez przera�enie Klary i odrobin� je zmniejszy�a - przez chwilk� - za kr�tko. Gdy istota ruszy�a do przodu, Klara cofn�a si�.
    Kiedy Klara ucieka�a, Heech przemieszcza� si� za ni�. Pogo� zacz�a si�, gdy klapa l�downika poruszy�a si� po raz drugi i wy�oni� si� nast�pny. Obserwuj�c ich napi�cie i wahanie, Klara nabra�a przekonania, �e s� r�wnie wystraszeni jak ona, wi�c zwr�ci�a si� do nich, nie maj�c cienia nadziei, �e zostanie zrozumiana, bo wyda�o jej si� niemo�liwe, �eby nic nie powiedzie�:
    - Hej, cze��.
    Istota przygl�da�a si� jej. Rozszczepiony j�zyk oblizywa� czarne zmarszczki na twarzy. Stworzenie wydawa�o z siebie dziwny, mrucz�cy d�wi�k, jakby intensywnie my�la�o. Wreszcie, wypowiedzia�o co� zbli�onego do zrozumia�ej angielszczyzny:
    - Ja Heech. Nie sssrobi fam krzyffdy.
    Patrzy�o na Klar� z mieszanin� fascynacji i wstr�tu, po czym po�wierka�o kr�tko z drugim, kt�re zacz�o przeszukiwa� statek.
    Wana znale�li bez problemu, potem wyprowadzili Klar� i Wana przez klap�, przez po��czone l�downiki, do statku Heech�w. Klara s�ysza�a, jak klapy zamykaj� si� za nimi ze zgrzytem, a chwil� p�niej poczuli szarpni�cie �wiadcz�ce, �e statek Wana zosta� odczepiony.
    By�a je�cem Heech�w, w ich statku.
    Nie zrobili jej krzywdy. Je�li mieli taki zamiar, to przynajmniej si� z tym nie spieszyli. By�o ich pi�cioro i wszyscy byli bardzo zaj�ci.
    Klara nie potrafi�a odgadn��, czym takim byli zaj�ci, a najwyra�niej ten, kt�ry w ograniczonym zakresie opanowa� angielski, by� zbyt zaj�ty, �eby zada� sobie trud obja�nienia jej czegokolwiek. Tak naprawd� w tej chwili chcieli od Klary jedynie, �eby nie sta�a im na drodze. Nie mieli problemu z poinformowaniem jej o tym. Bezceremonialnie wzi�li j� za rami�, a ich u�cisk by� sk�rzasty i bolesny, i zawlekli j� do miejsca, gdzie mia�a zosta�.
    Wan nie sprawia� im wcale k�opotu. Le�a� zwini�ty w k�cie z mocno zamkni�tymi oczami. Kiedy zauwa�y�, �e Klara jest obok, spojrza� na ni� jednym okiem, postuka� j� w kr�gos�up, �eby przyci�gn�� jej uwag� i wyszepta�:
    - On naprawd� chcia� nam powiedzie�, �e nie zrobi� nam krzywdy, jak my�lisz?
    Wzruszy�a ramionami. Zaj�cza� na granicy s�yszalno�ci i zwin�� si� przyjmuj�c pozycj� p�odow�. Obserwowa�a z obrzydzeniem, jak stru�ka �liny wyp�ywa mu z k�cika ust. By� bliski wpadni�cia w katatoni�.
    Je�li ktokolwiek mia� jej pom�c, na pewno nie by� to Wan. Musia�a stawi� Heechom czo�a samotnie - mo�e to le�a�o w ich zamierzeniach.
    To, co si� dzia�o, by�o fascynuj�ce. Tyle rzeczy by�o dla Klary nowych! Dziesi�ciolecia gwa�townego przyrostu znajomo�ci technologii Heech�w sp�dzi�a wiruj�c z pr�dko�ci� zbli�on� do pr�dko�ci �wiat�a wok� j�dra czarnej dziury. Jej znajomo�� statk�w Heech�w ogranicza�a si� do antycznych egzemplarzy, kt�rymi ona i inni poszukiwacze wyruszali z Gateway.
    By�o co� jeszcze. Statek by�o o wiele wi�kszy od Pi�tki. Urz�dzeniem przewy�sza� za� nawet prywatny jacht Wana. Nie mia� jednego pulpitu sterowniczego, ale trzy - rzecz jasna, Klara nie wiedzia�a, �e dwa z nich s�u�y�y do innych cel�w ni� pilotowanie samego statku. Te dwa mia�y instrumenty i odczyty operacyjne, kt�rych Klara w �yciu nie widzia�a. Statek by� nie tylko osiem czy dziesi�� razy wi�kszy od Pi�tki, ale te� wyposa�enie zajmowa�o w nim stosunkowo mniej miejsca. Mo�na by�o do�� swobodnie si� po nim porusza�! Mia� standardowe cechy - robakowaty przyrz�d �wiec�cy przy pr�dko�ci nad�wietlnej, siedzenia w kszta�cie litery V i tak dalej. Ale mia� tak�e b��kitno l�ni�ce pud�a, kt�re piszcza�y, skrzecza�y i miga�y �wiate�kami oraz kryszta� w kszta�cie robaka, kt�ry, jak powiedzia� jej wystraszony Wan, s�u�y� do kopania w czarnych dziurach.
    A przede wszystkim byli tam Heechowie.
    Heechowie! P�mityczni, zdumiewaj�cy, prawie boscy Heechowie! Nikt z ludzi ich dot�d nie widzia�, nawet na ilustracji. I oto Gelle-Klara Moynlin jest tu z pi�tk� Heech�w dooko�a niej - mrucz�cymi, sycz�cymi i �wierkaj�cymi oraz wydaj�cymi do�� dziwny zapach.
    Wygl�dali te� dziwacznie. Byli mniejsi ni� istoty ludzkie, a z powodu bardzo szerokiej miednicy wygl�dali troch� jak chodz�ce szkielety. Sk�r� mieli g�adk� jak plastik i przewa�nie ciemn�, cho� tu i �wdzie trafia�y si� plamki i zakr�tasy jasnego z�ota i purpury, co wygl�da�o jak india�skie malowid�a wojenne. Je�eli chodzi o budow� fizyczn�, nie byli nawet szczupli. Byli wychudzeni. Na tych szybkich, mocnych cz�onkach i palcach nie by�o za du�o cia�a. Cho� ich twarze wygl�da�y, jak wyrze�bione z l�ni�cego plastyku, by�y na tyle spr�yste, �e ukazywa�y jaki� wyraz twarzy... cho� Klara nie za bardzo wiedzia�a, co dany wyraz twarzy wyra�a.
    Poni�ej krocza ka�dego z nich, zar�wno u samic jak i samc�w, zwiesza� si� du�y przedmiot o kszta�cie szyszki.
    Z pocz�tku Klara my�la�a, �e to cz�� ich cia�a, ale kiedy jeden z nich znikn�� w czym�, co jak zak�ada�a by�o toalet�, pogrzeba� chwil� przy tym przedmiocie i zdj�� go. Czy to by�o co� w rodzaju chlebaka? Notesu? Teczki, w kt�rej nosili papiery i zrobion� z szarego papieru torebk� z drugim �niadaniem? Bez wzgl�du na to, co to by�o, zdejmowali to kiedy chcieli. Kiedy mieli to na sobie, wyja�nia�a si� jedna z zagadek anatomii Heech�w, mianowicie to, jak zdo�ali siada� w tych potwornie bolesnych fotelach w kszta�cie litery V. Podczepione pod nimi szyszkowate przedmioty wpasowywa�y si� w luk� sziedzisk, za� sami Heechowie siadali wygodnie na g�rze tych przedmiot�w. Klara potrz�sn�a g�ow�, zastanawiaj�c si� - tyle b��dnych hipotez i �art�w na ten temat na Gateway, a nikt nie wpad� na co� takiego?
    
    Przez dziesi�tki lat "wachlarze modlitewne" Heech�w stanowi�y tajemnic�. Nie wiedzieli�my, �e w rzeczywisto�ci by�y one odpowiednikiem naszych ksi��ek, baz danych czy jak to woli no�nik�w informacji, gdy� najwi�ksze umys�y tej epoki (w tym tak�e m�j) nie umia�y znale�� sposobu na odczytanie ich, czy nawet wykrycie, �e zawieraj� cokolwiek co warto odczyta�. Pow�d by� taki, �e cho� proces odczytu by� do�� prosty, zawarto�� wachlarza ujawnia�a si� tylko w obecno�ci szcz�tkowego promieniowania mikrofalowego. Sami Heechowie nie mieli z tym problemu, bo ich szyszki przez ca�y czas wytwarza�y w�a�ciwe promieniowanie, wi�c byli ca�y czas w kontakcie z wachlarzami zawieraj�cymi zapis wspomnie� ich przodk�w - przechowywany w tych szyszkach. Nale�y wybaczy� istotom ludzkim, i� nie by�y w stanie odgadn��, �e Heechowie przechowywali dane mi�dzy nogami, gdy� ludzka anatomia nie dopuszcza�aby czego� takiego. (Moje w�asne usprawiedliwienie nie jest ju� tak oczywiste.)
    

    Poczu�a gor�cy oddech Wana na szyi.
    - Co oni z nami zrobi�? - dopytywa� si�.
    Prawie zapomnia�a o jego obecno�ci. Prawie zapomnia�a o tym, �e si� boi, tak by�a zafascynowana tym, co widzi. To nie by�o zbyt rozs�dne. Kto wie, co te potwory zrobi� ze swoimi ludzkimi je�cami?
    Z tego samego powodu, kt� m�g� powiedzie�, co oni teraz robi�? Wszyscy pobzykiwali, �wiergotali w podnieceniu, czw�rka wi�kszych zbi�a si� wok� pi�tego, mniejszego osobnika z niebieskimi i ��tymi znakami na jego - nie, zdecydowanie na jej - g�rnych ko�czynach. Ca�a pi�tka nie zwraca�a w og�le uwagi na ludzi. Koncentrowali si� na jednym z paneli wy�wietlacza, kt�ry ukazywa� map� gwiezdn�, kt�ra wydawa�a si� Klarze prawie znajoma. Grupa gwiazd, a dooko�a nich skupisko znaczk�w - czy Wan nie mia� takiego samego obrazu na swoim w�asnym ekranie?
    - G�odny jestem - zamrucza� jej do ucha ze z�o�ci� Wan.
    - G�odny! - Klara odsun�a si� od niego gwa�townie, r�wnie zdziwiona co zniesmaczona. G�odny! Niedobrze si� jej robi�o ze strachu i zmartwienia oraz, jak sobie w�a�nie u�wiadomi�a, z powodu dziwnego odoru, pomieszania woni amoniaku i gnij�cych pni, kt�ry chyba pochodzi� od samych Heech�w. Poza tym musia�a i�� do toalety... a ten potw�r nie potrafi� my�le� o niczym innym, tylko o tym, �e jest g�odny! - Zamknij si� - rzuci�a przez rami�, co wyzwoli�o zawsze drzemi�cy w Wanie sza�.
    - Ja mam si� zamkn��? - spyta�. - Nie, ty si� zamknij g�upia babo! - Ju� prawie wstawa�, �eby stan�� nad ni�, ale zdo�a� jedynie kucn�� i szybko przypad� z powrotem do pod�ogi, gdy� jeden z Heech�w uni�s� wzrok i zacz�� i�� w ich stron�.
    Sta� nad nimi przez moment a jego szerokie usta o w�skich wargach rusza�y si�, jakby trenowa� to, co chce powiedzie�.
    - B�d�cie prawi - rzek� wyra�nie i machn�� sk�rzast� d�oni� w stron� ekranu.
    Klara zdusi�a w sobie �miech, kt�ry zacz�� rosn�� jej w gardle. B�d�cie prawi! Wobec kogo? Po co?
    - B�d�cie prawi - rzek�o zn�w stworzenie - bo to s� asssassssyni.
    To robi�a Klara, moja najprawdziwsza mi�o��. Dozna�a cierpie� przebywaj�c tygodniami w koszmarze czarnej dziury, potem prze�y�a szok, dowiedziawszy si� o utraconych latach, koszmar bycia z Wanem, niezno�n� traum� zostanie je�cem Heech�w. A tymczasem...
    A tymczasem ja mia�em w�asne problemy. Wtedy jeszcze mnie nie rozszerzyli i nie wiedzia�em, gdzie ona jest; nie s�ysza�em ostrze�enia przez Asasynami; nie wiedzia�em, �e kto� taki jak Asasyni istnieje. Nie mog�em si�gn�� i ukoi� jej strachu - nie tylko dlatego, �e o nim nie wiedzia�em, ale dlatego, �e sam by�em pe�en strachu. A najgorszy z nich wi�za� si� nie z Heechami, czy nawet moim zwichrowanym programem Albertem Einsteinem; by� to m�j w�asny brzuch.



Strona g��wna     Indeks